***
Gdy leżał schorowany, najważniejsza była dla niego Eucharystia. Nie mógł się jej doczekać. „Jak ksiądz mówi: »Pan z wami«, to Pan naprawdę jest z nami” – powtarzał. Pamiętam każde słowo. Leżał nieprzytomny z bólu, ale wybudzał się na czas konsekracji. Szeptałem mu do ucha: „Ojcze, teraz Komunia”. Podawaliśmy ją w cząstkach, by mógł przełykać. A on wzdychał: „Całe niebo jest przed nami!”. Wpadał w medytację. Siedzieliśmy cicho, jak myszy. Baliśmy się spłoszyć tę chwilę. Kiedyś po Komunii zaczął się trząść, ręce mu latały. I wtedy powiedział stanowczo: „Cisza!”, Jakby rozkazywał swym członkom, by nie przeszkadzały mu w medytacji. Niesamowite. Diabeł kusił go non stop, a on mi powtarzał: „Módlcie się cały czas do Matki Bożej. Ona was i mnie ochroni”.
***
Którejś nocy o. Joachim zbudził się i wyszeptał: „Nikogo nie ma, jest tylko ciemność”. Na jego twarzy rysowało się przerażenie. Podłożyłem mu pod dłoń ryngraf z Maryją Jasnogórską, z którym się nie rozstawał. „Ooo, jest Maryja”. – uspokoił się. Miałem wrażenie, że przeżywa samotność i cierpienie Jezusa z Ogrodu Oliwnego i całkowite opuszczenie na krzyżu.
***
***
10 marca nie potrafił już mówić. Ale zauważyliśmy, że bardzo chce coś wyszeptać. To było niespokojne, chaotyczne. Poprosiliśmy: „Pomalutku, po jednym słowie”. „Dzisiaj… wieczorem… – cedził – nastąpią… zaślubiny… z Jezusem. Wszystko… przygotowane”. Po kilku godzinach zmarł.
***
0 komentarze:
Prześlij komentarz